niedziela, 20. maj 2012

Ostatnia aktualizacja09:28:34 AM GMT

Naszą witrynę przegląda teraz 3 gości 
Tu jesteś:

Byłem współpracownikiem publicznej spółki giełdowej

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

G
iełda w Polsce Anno Domini 2002 to dość specyficzne miejsce. Poza garstką pasjonatów niewielu jest tam zwykłych ludzi, którzy podobnie jakna rozwiniętych światowych rynkach chcieliby ulokować część swoich oszczędności w rzetelnych lub perspektywicznych firmach. Dzieje się tak dlatego, że dla przeciętnego człowieka rodzima giełda jest synonimem niewykrytych przestępstw, manipulacji i - generalnie - rzeczy, od których należy trzymać się z daleka. Co więcej, nawet ci, którzy chcieliby zawodowo zajmować się tym rynkiem, zajmują coraz częściej podobne stanowisko. Wielu z nas - uczestników rynku - wierzyło kilka lat temu, że spółki publiczne - notowane na GPW w Warszawie - stanowią najlepszą część polskiej gospodarki. Zwykło się o nich mówić "rodzynki polskiego rynku". Dziś nikt już nie ma złudzeń, jaka jest rzeczywistość, zbyt wiele firm przypomina rodzynki najgorszego sortu: niesmaczne, wysuszone i pluje się po nich pestkami.

 

źródło wykresu: Parkiet.com
źródło wykresu: Parkiet.com (archiwum informacji na parkiet.com)

Rok 2002 pokazał wiele słabości polskich firm notowanych na giełdzie. Kolejne firmy-krzaki padały, w niektórych zaginął zarząd, jeszcze inne nie publikowały bieżących komunikatów. Jedną z takich firm okazała się spółka 4Media. Kilka miesięcy współpracy z tą firmą mogłoby posłużyć wielu teoretykom finansów jako podstawa do pracy pt. "Jak zarządzać firmą, by doprowadzić do jej upadku". Firma 4Media powstała w wyniku przekształcenia dawnej garbarni skór w koncern medialny. Tymi słowami posługiwali się nowi właściciele. Były to jednak słowa powtarzane tylko w komunikatach oficjalnych. Jacek Merkel (pierwszy z prezesów 4Media) po przejęciu dziennika "Prawo i Gospodarka" powiedział na spotkaniu z pracownikami: "Nie znamy się na prasie, ale znamy się na inżynierii finansowej". Osoba, która mi o tym powiedziała, dodała, że od początku to zdanie tkwiło jej w mózgu jak ość.

Polityka "koncernu" polegała na przejmowaniu kolejnych tytułów z zamiarem budowania grupy medialnej. Niestety, rzeczywistość okazała się gorsza niż nadzieje i umiejętności zarządu i pod koniec 2002 roku koncern medialny zaczął chylić się ku upadkowi. Dziennikarze i pracownicy w kolejnych tytułach posiadanych przez firmę wstrzymywali pracę z prostego powodu - spółka od dłuższego czasu nie płaciła, zaś przedstawiciele zarządu do perfekcji opanowali sztukę zwodzenia. W ciągu dwóch tygodni grudnia zarząd 4Media doprowadził do upadku cztery istniejące od lat tytuły prasowe: "Życie", "Prawo i Gospodarka", "Ilustrowany Kurier Polski" (lokalny dziennik bydgoski wydawany od 1945 roku) oraz "Magazyn Finansowy". Wcześniej doprowadzili do zniknięcia z rynku tak znanego tytułu jak "Antena". Dokładnie w taki sam sposób jak w przypadku "Życia" oraz "PiG" - nie płacono pracownikom, którzy w pewnym momencie zaprzestali wydawania tytułu. Śmiało można nadać im miano "grabarzy polskich mediów".

Istnieją tysiące poradników pod ogólnym tytułem "Jak odnieść sukces w biznesie". Po kilku miesiącach współpracy z firmą 4Media odnoszę wrażenie, że żadnego z nich nie przeczytał zarząd spółki, a prezes (zarówno pierwszy, jak i kolejny) przede wszystkim. Dość powiedzieć, że prezes spotkał się z pracownikami jednej z wydawanych gazet dopiero wtedy, gdy ci zagrozili niewydaniem numeru. Co więcej, mowa o gazecie, która według słów przedstawicieli zarządu miała być "perełką w koronie". Po raz pierwszy zobaczyłem prezesa w firmie po trzech miesiącach współpracy z wydawnictwem. Przez cały ten czas morale pracowników firmy "kwitło" - zarządca budynku, w którym mieściła się siedziba redakcji, wyłączał telefony. Ani razu nikt z zarządu firmy nie pojawił się, by uspokoić pracowników i powiedzieć, że kłopoty są przejściowe. Bez względu na to, czy byłaby to prawda, czy nie. Na każde (!!!) umówione spotkanie z zespołem zarząd bądź się spóźniał kilkadziesiąt minut, bądź w ostatniej chwili je odwoływał.

Do perfekcji opanowano "piątkowy system obietnic". Polegało to na tym, że począwszy od poniedziałku każdego tygodnia obiecywano pracownikom, że w bieżącym tygodniu pieniądze zostaną na pewno wysłane na rachunki. Zwykle w środę pojawiały się przejściowe trudności, z zapewnieniem, iż w piątek wszystko zostanie uregulowane. W piątek pracownicy słyszeli, że pieniądze właśnie zostały wysłane. W poniedziałek - gdy okazywało się, że pieniędzy nie ma na rachunkach - zarząd wyrażał zdziwienie: "To niemożliwe, pewnie coś w banku wypadło". Scenariusz przypominał zachowanie dzieci w szkole podstawowej, które tłumacząc, dlaczego nie odrobiły lekcji, mówią o chorobach całej swojej rodziny. Ludzie, którzy kredytowali cudzymi pieniędzmi własną działalność "biznesową" (prowadzenie firmy 4Media), nie byli na tyle przebiegli, by podtrzymywać nadzieje wśród zespołu, wysyłając im na rachunki choćby niewielkie kwoty. Czyżby od początku oznaczało to, że nie mają zamiaru tworzyć żadnego holdingu medialnego?

Przy okazji kolejnych spotkań z przedstawicielem zarządu pracownicy słyszeli o zbliżającym się remedium na wszelkie problemy. Raz miał to być tajemniczy inwestor, innym razem jeszcze bardziej tajemniczy fundusz. Padały tylko takie określenia. Zabawna sytuacja powstała w pewnym momencie, gdy w ciągu tygodnia miała zostać podpisana umowa z tajemniczym funduszem - niestety, zarząd nie mógł ujawnić nazwy zagadkowego "kogoś". Podczas spotkania z pracownikami przedstawicielowi zarządu zadano proste pytanie: "Jak to jest, że firmą interesuje się potencjalny inwestor, z którym umowa niemal na 100 proc. ma być podpisana w ciągu tygodnia, a nigdy nikt z zewnątrz nie był firmie, żeby choć obejrzeć to, co kupuje". Pytanie pozostało bez odpowiedzi.

Wielu pracowników nie miało wątpliwości, że misternie tkana piramida, jaką były 4Media, właśnie chyli się ku upadkowi. Ci, którzy byli odpowiedzialni za ten stan, nie mieli odwagi przyznać, że to już koniec. Ponieważ od dłuższego czasu zarząd nie mógł przejąć kolejnych firm, których środki mogłyby finansować zaległości wobec wcześniejszych, stanął przed trudną decyzją poszukiwania pieniędzy. Co więcej, jeśli faktycznie wierzył w powodzenie swojego projektu, musiał zacząć wydawać własne pieniądze. To zaś nie było takie łatwe. Część pieniędzy zarząd mógł "znaleźć", sprzedając część posiadanych przez siebie akcji. Od długiego czasu notowane były one już poniżej 50 gr. Aby znaleźć 400 tys. zł, które firma była winna pracownikom w połowie grudnia, należałoby wówczas sprzedać 2,5 mln akcji. To nie było takie proste, kurs z dnia na dzień był coraz niższy: 25, 18, 16 gr. W jednym z komunikatów spółki pojawiło się zdanie: "Wszystkie dotychczasowe inwestycje realizowane były bez wykorzystania jakichkolwiek kredytów oraz innych źródeł finansowania zewnętrznego". To była prawda - nie było finansowania zewnętrznego - firma żerowała na pieniądzach ludzi, którzy dla niej pracowali.

Tuż przed ogłoszeniem decyzji o zawieszeniu kolejnego tytułu sytuacja nieco uległa zmianie. Pracownicy firmy zagrozili zarządowi, że wystąpią z wnioskiem do GPW o zawieszenie notowania akcji oraz do KPWiG z wnioskiem o odebranie statusu spółki publicznej. Jedno z ostatnich źródeł potencjalnego dochodu dla zarządu było zagrożone. Być może dlatego po raz pierwszy od dłuższego czasu zarząd nic nie obiecywał i nie mówił, że już wkrótce wyśle pieniądze, tylko przyjął warunki zespołu - jeśli w ciągu dwóch dni pieniądze nie znajdą się na rachunkach pracowników, gazeta nie będzie wydana. W dniu spotkania stała się rzecz bez precedensu. Wreszcie ktoś nazwał rzecz po imieniu. Europejskie Stowarzyszenie Dziennikarzy (EFJ) potępiło Polskę za dopuszczenie do "rabunkowej polityki niektórych wydawców". Prezes EFJ powiedział, że zachowanie wydawcy "Życia", czyli 4Media (formalnie DWWS), jest "właściwe dla kraju bandyckiego, ale nie dla nowoczesnej demokracji w Europie". Szkoda, że dopiero ktoś z zewnątrz odważył się powiedzieć, że mamy do czynienia ze zwykłym rabunkiem. Tego dnia rano rozmawiałem z twórcą "Życia" Tomaszem Wołkiem, który stał na stanowisku, że dziennikarze "Życia" źle zrobili, przystępując do strajku, i że większość wydawców w Polsce tak uważa. Nie dostałem jasnej odpowiedzi na pytanie, czy większość wydawców przez pół roku nie płaci swoim pracownikom.

Jednego nie można odmówić założycielom 4Media. Z całą pewnością zauważyli (a być może od początku zdawali sobie z tego sprawę), że media nie będą krytykowały innej firmy medialnej, by nie być posądzonymi o stronniczość i nieczyste sposoby eliminowania konkurencji. Zagranie niemal perfekcyjne.

W piątek 13 grudnia 2002 r. dziennikarze przyszli do pracy, zastanawiając się, czy zarząd spółki spełni postawione ultimatum, czy też ponownie zacznie zwodzić. Zaufanie do szefostwa było tak "duże", że ludzie zastanawiali się, jak sprawdzić, czy ewentualnie okazane przelewy nie będą sfałszowane. O godzinie 12.30 niezapowiedziany przybył do firmy prezes Dariusz Kaszubski. Oświadczył, iż w związku z niemożnością dotrzymania wyznaczonego dwa dni wcześniej harmonogramu spłat zaległych wynagrodzeń zarząd spółki podjął decyzję o zawieszeniu do końca roku dziennika "Prawo i Gospodarka". Od 2 stycznia mają powstać nowe spółki ponownie z tajemniczym inwestorem, którego nazwy nie można ujawnić, które wznowią wydawanie "PiG" oraz "Życia". Pracownicy zgodnie uznali, że zarząd ponownie podejmuje próbę utrzymania przy życiu piramidy, jaką są 4Media. Znów odbędzie się bezgotówkowy transfer sprzętu, nazwy tytułu. Być może nawet znajdzie się kilku naiwnych, którzy będą utrzymywali przez jakiś czas zarząd koncernu medialnego, mamionych obietnicami.

Historia nie zakończyła się tym spotkaniem, we wtorek 17 grudnia do siedziby firmy - przybył Mariusz Hinz, który przedstawił się jako likwidator firmy DWWS SA. Drugim likwidatorem według jego słów miał być Dariusz Kaszubski (nie pojawił się). Padło jak zawsze wiele obietnic, wiara w nie nie ma jednak najmniejszego sensu. Mariusz Hinz zapytany, czy podpisze się pod protokołem z tego spotkania, odpowiedział: "Nie podpiszę, bo to spotkanie ma charakter nieformalny". Zapytany, jak to nieformalny, skoro właśnie ogłosił decyzję zarządu 4Media i ma między innymi zająć się składaniem wypowiedzeń pracownikom, sprecyzował: "Ono ma charakter trochę formalny, trochę nieformalny".

We wspaniałym studium chciwości, jakim jest film Olivera Stone'a "Wall Street", grupa finansistów z Gordonem Gekko (w tej roli Michael Douglas) na czele doprowadza do zamknięcia firmy. Jednym z nich jest syn pracownika likwidowanej firmy. Gdy ojciec tłumaczy mu, że za suchymi liczbami, które widzą ci, którzy chcą zarobić na zamknięciu firmy, są rzeczywiście istniejący ludzie, budzi się w nim sumienie.

Gordon Gekko w porównaniu z ludźmi z zarządu 4Media to uosobienie filantropii - w przejmowanych firmach ludzie "tylko" tracą pracę. W przypadku 4Media za pracownikami przejmowanych przez nie firm ciągną się zaległe pensje z kilku miesięcy, niezapłacone składki emerytalne oraz zdrowotne, nieodprowadzone zaliczki na poczet podatku dochodowego. Nie mówiąc już o doprowadzonych do upadłości małych zakładach, które miały nieszczęście współpracować z firmą. Z szacunkowych wyliczeń wynika, że w wyniku działań kilku tylko osób związanych z 4Media pracę straciło pośrednio lub bezpośrednio kilkaset osób. Zobowiązania spółki po trzech kwartałach sięgają 95 mln zł - te pieniądze ktoś stracił. Niestety, wszystko wskazuje na to, że na tym może się nie skończyć - na trupie DWWS SA mają powstać nowe spółki.

Grzegorz Zalewski, BYŁY ZASTĘPCA REDAKTORA NACZELNEGO "MAGAZYNU FINANSOWEGO"

Od redakcji: Mimo wielokrotnych prób nie udało nam się skontaktować z kierownictwem spółki 4Media, by poprosić o komentarz do informacji zawartych w powyższym liście. Wciąż jednak jesteśmy gotowi udostępnić łamy "Gazety" przedstawicielom spółki, by mogli zaprezentować swoje stanowisko.

Tekst ukazał się w formie listu do redakcji w Gazecie Wyborczej z dnia 6.01.2003. Redakcja nie zdecydowała się poprzedzielać śródtytułów fragmentem piosenki Kazika "Mój wydawca". Pełny tekst piosenki

Adam Stańczak na bossa.pl

Jacek Tyszko na bossa.pl

Michał Wojciechowski na bossa.pl

Tomasz Symonowicz na bossa.pl